Historia pewnego wesela
Niedawno brałem udział w ślubie moich przyjaciół.
Jako niezbyt „wierzący” bardziej interesowała mnie cała otoczka,
Ktoś przysnął, ktoś wpadł w ostatniej chwili,
czy ministrant krzątający się niezdarnie pomiędzy ławami z tacą na drobne.
Czy też rodzinka, która robiła wszystko co w ich mocy, by całą imprezę sfocić, uporczywie przeszkadzając w uroczystości.
W pewnym momencie moją uwagę przykuł wynajęty fotograf ślubny.
Poruszał się niepostrzeżenie po kościele. To tu z zakamarka pstryknął fotkę.
To wdrapał się na górną nawę. To cicho w zakamarku podparty o statyw gdzieś tam sobie celował.
Niby nic, jednak zadziwiło mnie jak on robi zdjęcia, skoro nic mu nie błyska, a rodzinne aparaciki błyskają, że aż jasno się robi przed oczami.
Dodam, iż w kościele najjaśniej nie było.
Minął jakiś czas, młodzi przyjechali z miodowego, spotkaliśmy się więc,
żeby pochwalili się pamiątkami.
Na start poszły zdjęcia z miesiąca miodowego. Urocze pejzaże i oni, zakochani.
Później ślub i wesele – najpierw męka przy ogromie zdjęć z rodzinnych
aparacików. Co drugie rozmyte, to ciemne że nic nie widać lub błysk z flesza
zakrywał całą fotkę. Na koniec pokazali śliczny skórzany klaser. Nie było
w nim ogromu fotek, tylko parę, bądź kilkadziesiąt. Jego oglądanie nie było katorgą.Każda fotka czytelna, piękna, opowiadająca historię. Wszystkie nie za ciemne, nie za jasne, wyraźny pierwszy i drugi plan.
Wyraźne postacie.
Przeglądając ten album przypomniałem sobie cicho przemykającego fotografa,
robiącego zdjęcia z oddali, bez błysków i fleszy. Stwierdzam więc, że profesjonalna
fotografia ślubna, ciężka praca i do tego odrobina sztuki.
Tags: fotograf, fotograf na ślub, fotografia ślubna, zdjęcia ślubne